Bangkok: z powrotem do domu

Dzisiaj jesteśmy ostatni dzień w Bangkoku. 5 minut przed północą mamy samolot. Fotografie z wyprawy i posty na temat jeszcze kilku miejsc, spraw i epizodów z podroży zamieścimy już z domu, z Katowic. W domu powinniśmy być ostatniego dnia listopada, może uda się wcześniej – to zależy od tego jaki transport złapiemy w Kijowie lub Wiedniu.

Pozdrowienia dla wszystkich przyjaciół i znajomych, a także dla pozostałych śledzących losy naszej wyprawy czytelników🙂

Opublikowano Tajlandia, Uncategorized | Otagowano , | Dodaj komentarz

Bagan: Alicja po drugiej stronie globu, cz. IX (tekst Kasi)

Zbliżamy się do końca naszej wyprawy przez Birmę. Zwieńczeniem podróży jest skarb tej krainy. To Bagan wraz z bezlikiem pagód i świątyń rozsianych w rozgrzanym słońcem piaszczystym krajobrazie, który urozmaicają niskie akacjowe drzewa, kolczaste krzewy, pola obsiane kukurydzą. Aby tu dotrzeć musieliśmy popłynąć promem z biegiem Irawady. Czternastogodzinne powolne kołysanie się na tafli wody i bajeczne widoki. Moment wejścia na prom z uczuciem lekkiego niepokoju – dolny pokład cały przepełniony pakunkami i leżącymi ludźmi. Jak my tu z naszą małą wytrzymamy 14 godzin? Na górze, gdzie zostawiono dla nas miejsce, jest jednak bardzo przyjemnie. Połowa pokładu opanowana przez turystów. Nadmienię, iż nasi przyjaciele podróżujący 2 lata temu tym samym promem byli jedynymi europejczykami na statku. Wiele się od tego czasu zmieniło… Dziś Birmę odwiedza szalona ilość turystów, o czym przekonamy się w Old Bagan podczas zachodu słońca. Na promie do naszej dyspozycji były plastikowe krzesełka – ważne, gdyż po połączeniu dwóch i wyścieleniu ich zimowymi okryciami można zrobić wygodne łóżko dla dzieciaczka. Ci, którzy nie zaopatrzą się w prowiant nie muszą się martwić. Na pokładzie znajduje się „bufet”, a płynący promem handlarze oferują sporo dobroci (Ala dostaje w prezencie 6 przepiórczych jaj, które natychmiast zjada). Podczas dobijania do brzegów mamy okazję uczestniczyć w niezwykłych targach. Tu przysmaki same wpadają nam do rąk (dosłownie). Handlarze z brzegu rzucają nam samosy, kukurydzę, banany. Można złapaną rzecz odrzucić lub zrobić rzut w dal banknotem. W ten sposób biali na statku zakupili sporo niechcianych dobroci:). Podczas tak długiego rejsu można sobie umilić czas lekturą, pogawędką, rozmyślaniem, widokami. Jednak gdy płynie się z tak absorbującym małym towarzyszem, jak Ala wszystkie te przyjemności odpadają. Dobrze, że mała kolejną długotrwałą przeprawę świetnie znosi. Tańczy, biega po pokładzie, bawi się papierowymi zabawkami (wycinam dla Ali z papieru lalki, zwierzęta, smoki, sprzęty domowe – podrużującym z maluchami polecam zaopatrzenie się w zeszyt, ołówek i nożyczki!). Gdy tylko popsuje jej się nastrój pojawia się życzliwa osoba z ciastkiem, owocem, kwiatami. Czas w podróży płynie inaczej. Można ze spokojem zanurzyć się w jego rozciąganiu. Dopłynęliśmy wieczorową porą. Przed nami 5 dni w tym niezwykłym miejscu. Do Old Bagan jeździmy na rowerach (Jacek wiezie Alę w nosidle na plecach). Przemieszczanie się na tych wspaniałych wehikułach po terenie Bagan nie jest łatwe, gdyż dróżki pomiędzy pagodami i świątyniami są piaszczyste. W drugim dniu wyprawy mamy dodatkowe utrudnienia – nasze dętki (zarówno w moim jak i Jackowym rowerze) podziurawiły ciernie przydrożnych krzewów zagrzebane, więc i niewidoczne w piachu. Znowu mamy szczęście, gdyż udaje się złapać stopa. Do hotelu podwozi nas (wraz z rowerami) przemiły taksówkarz. Nie chce żadnej zapłaty! Kolejny uprzejmy Birmańczyk na naszej drodze. Tak… Birma, to dla mnie przede wszystkim wspaniali ludzie. Kolejna sytuacja, która obrazuje życzliwość Birmańczyków miała miejsce podczas zwiedzania świątyń. Spotykamy grupę kobiet handlujących pamiątkami. Najpierw Ala dostaje prezent (bambusowe, ręcznie malowane pudełko). Następnie zaproszona jest do „salonu piękności”. Kobiety malują Ali paznokcie (jest wniebowzięta), po czym nakładają jej na twarz „tanakę”. Tanaka to drzewo. Kawałek drewna pociera się o płaski kamień polewany wodą. Z tego powstaje szaro-żółta ciapleta, którą nanosi się na twarz. Codzienny makijaż tanaką sprowadza się do wysmarowania policzków i czoła. Tanaka chroni skórę przed słońcem i pielęgnuje cerę. Makijaż ten często bywa misterniej wykonany. Pojawiają się wzory robione grzebieniem. Najładniejsze makijaże z tanaki mają natomiast wzór liści. Ja również zostaję zaproszona do udekorowania twarzy.

Największe oblężenie Old Bagan przeżywa tuż przed zachodem słońca. Ku świątyniom, na które można wejść, by z wysokości podziwiać widoki jadą bryczki, taksówki, autokary. Jest tłoczno i trudno znaleźć kawałek miejsca bu ustawić się z aparatem. Spotykamy pilota polskiej wycieczki, który porównuje dzisiejszą turystykę w Birmie z tą, sprzed dwóch lat. Jest zaskoczony tak dużym natłokiem białych. Kolejny Polak wspomina swą wyprawę przez Birmę sprzed 12 lat. Nie spotkał tu żadnego turysty! W okolicach Bagan nie było kawałka asfaltowej drogi. Na szczęście w ciągu dnia świątynie są raczej pustawe i nie trzeba się przepychać przez tłumy. Dech zapiera widok tych dwunastowiecznych budowli. Niektóre wyglądają jakby były przeniesione z innej kultury. Na myśl przychodzą mi budowle Inków. W wielu świątyniach zachowały się na ścianach i sufitach malowidła. To podróż w czasie. Naszej Ali też się podoba. Tajemnicze przejścia i posągi mogą być świetną atrakcją również dla malucha. Dziś opuszczamy Bagan. Przed nami całonocna podróż autobusem do Rangunu. Stamtąd lecimy do Bankoku i dalej w kierunku domu. Jak zwykle, gdy podróż dobiega końca pojawia się uczucie smutku. Fascynująca jest ta całkowita odmienność. Bezlik cennych doświadczeń zostaje na szczęście w nas do końca. Dla naszej Ali była to również ważna podróż. Być może nie będzie pamiętać tych dni, z pewnością jednak intensywne wydarzenia z Birmy wpłyną na jej rozwój. Śmiejemy się, że utrwali się w niej przekonanie, iż jest kimś wyjątkowym, a to za sprawą codziennych licznych prezentów i niezliczonej ilości zawołań: „Baby beautiful”:) . Zakończę słowami skierowanymi do tych rodziców, których przed podróżą z dzieciakiem w tak egzotyczne rejony powstrzymuje lęk: „Bez obaw! Podróż z maluchem do Birmy jest wspaniała!”. Nasza Ala przebyła całą podróż w zdrowiu. Poza małym katarem i potówkami nie przydarzyło się nic negatywnego!

IMG_3420 IMG_3429 IMG_3438 IMG_3444 (2)

Opublikowano Birma (Myanmar) | Otagowano , | 1 komentarz

Wzgórze Mandalay i Moustache Brothers

Mandalay rozlane na ogromnym obszarze, zamieszkałe przez milion ludzi. Gdy w samym Rangunie śródmieście dość wyraźnie zaznaczało się w tkance miasta, tutaj jest ono jakby rozmyte. Tutaj także w downtown znajdziemy wielopiętrowe budynki, jakieś „lepsze”, mocniej zwesternizowane sklepy (prowadzone głównie przez Chińczyków) i oszklone frontony banków. Jednak to śródmieście, z ponumerowanymi, przecinającymi się pod kątami prostymi ulicami, rozmywa się, ginie jakby w gąszczu pozostałych części miasta. Nad ulicami non-stop unosi się poruszany kołami pojazdów i obutymi w sandały stopami pył, wszędzie zwykły hałas ulicy i pobliskich świątyń: meczetów, buddyjskich klasztorów, kościołów. Tylko wokół terenu pałacu królewskiego, gdzie obok każdego z czterech wejść widnieją propagandowe hasła sławiące Tatmadaw (tutajszy rząd/partia czy cóś) oraz jej oddanie dla narodowej sprawy, jakby spokojniej. Rodziny piknikują na wysokim trotuarze w cieniu drzew. Uliczny ruch jest słabszy. Jezdnia szeroka, z oddzielonymi podłużnym klombem potrójnymi pasami ruchu. W okolicy wiele sklepów, restauracji itp. prowadzonych przez Hindusów i Chińczyków. Trafiamy m.in. do knajpki wege położonej nad sklepem lalkarskim, którą prowadzi rodzina Hindusów – chrześcijan. Podobnie sąsiednie domy zamieszkane są przez chrześcijan – emigrantów z Indii.

Krążymy po mieście na rowerach. Po drodze na ulicy spotykamy Wąsatych Braci. Par Par Lay, sława teatralnego tercetu, zaczepia nas na przeciw swego domu, który pokryty jest rusztowaniami, niezamieszkały obecnie. Został poważnie uszkodzony w trakcie trzęsienia ziemi. Lu Maw biegnie, by wrócić ze swoim jedno-dwuletnim dzieciakiem na ręku. Robimy pamiątkowe zdjęcie. Umawiamy się na wieczorne spotkanie.

Docieramy też pod Mandalay Hill. U podnóża dwa klasztory buddyjskie. Obok kompleks ok. 700 białych pagód rozmieszczonych symetrycznie, stłoczonych wokół centralnej stupy. Każda mieści kamienne tablice, na których wyryto partie tekstu Tripitaki. Potem wdrapujemy się mozolnie na wzgórze. Zaraz u dołu zadaszonego szlaku niespodziewane wydarzenie. Mamy okazję uczestniczyć w pwe. To impreza zorganizowana, by przynieść pomyślność dzieciom i pozostałym członkom rodziny. Wszyscy ubrani w wielce odświętne stroje, wymakijażowani, wśród robzrzmiewających na jakieś 100 decybeli muzyki, udają się po „błogosławieństwo” ze stgrony natów. Strażnikiem południowo-wschodniego wejścia na Mandalay Hill jest Bobokyi Nat, którego imię nieodparcie kojarzy mi się z „bobokami”, którymi babcie zwykłe były straszyć dzieci za czasu mojego wczesnego dzieciństwa. Wizerunek Bobokyi nata nie przedstawia się jednak straszliwie. To postać niespełna naturalnych rozmiarów poubierana w powłóczyste szaty, z nakryciem głowy przystrojonym banknotami kyats.

Ciekawą i istotną cechą religijności Birmańczyków jest zespolenie buddyzmu z czcią dla natów, które opisywane są jako rodzaj duchów opiekuńczych lub też, w razie braku odpowiedniego poważania, złośliwych. Naty zdolne są zarówno pomagać w różnych aspektach codziennego życia, jak i sprowadzać rozlicznego rodzaju nieszczęścia. Pochodzenie natów sięga w czasu przedbuddyjskie. Rozliczne ich imiona, postacie i związane z nimi legendy oraz powiedzenia, a także wierzenia silnie związane są z birmańską ludowością i szamanizmem. Wszystko to jednak, podobnie jak w wielu innych krajach, gdzie buddyzm zajmuje wyróżnione miejsce, z biegiem czasu weszło w skład specyficznego amalgamatu, w ramach którego nie ma sprzeczności pomiędzy wiarą w naty (w przypadku Birmy) i czcią dla nich a oddaniem wierze, dewocji i/albo praktyce buddyjskiej. Po świątynnym przybytku Bobokyi oprowadza nas staruszek, opiekujący się najwyraźniej tym miejscem. W międzyczasie wpada młody mężczyzna. Uderzając zgromadzone wokół figury Bobokyi dzwony i dotykając jego postaci kluczykami zapewnia sobie szczęśliwe użytkowanie nowo zakupionego samochodu, a może domu? Nad wszystkim czuwają odziani w karmazynowe szaty buddyjscy mnisi, najwyraźniej także zaangażowani w obsadzie świątyni. Wraz z tym wszystkim przez przybytek Bobokyi przetacza się pwe. Cała rodzina wystrojona jak na wesele. Lśnią brokaty, róże, fosforyzujące zielenie sukni. Dzieci ubrane jak książęta.

Kolejne stopnie prowadzą w górę. Po drodze mijamy kolejne świątynie, sanktuaria buddów. Charakterystyczny dla Mandalay jest wielometrowy posąg Buddy wskazującego palcem w stronę pałacu. Śakyamuni podczas swej legendarnej wizyty w tym miejscu miał wskazać położenie przyszłej królewskiej stolicy. Wreszcie docieramy na szczyt. Jesteśmy tuż przed zachodem słońca, który, mimo że to wschody są znacznie piękniejsze, ściąga rzesze turystów. Większość dostaje się tutaj autokarem lub taxą, ewentualnie na tylnym siedzeniu motocykla prowadzonego przez miejscowego kierowcę. Tłum wielojęzyczny. Niemcy, Francuzi, trochę Hiszpanów i Włochów, inne, nierozpoznane przez nas języki. Po zachodniej stronie rozległego tarasu umieszczonego na szczycie wzgórza rozstawiono drewniane, wytapicerowane rubinowym pluszem trony. Wszystkie zarezerwowane z wyprzedzeniem. Szczęśliwi nabywcy wyeksponowanych miejsc spoczywają sapiąco na miękkich oparciach. Schodząca ku zachodniemu horyzontowi, czerwieniejąca nad miastem kula Słońca wydaje się pozostawać w cieniu zaimprowizowanego luksusu. Uciekamy szybko z powrotem w dół. Na szczycie nie ma dla nas nic godnego uwagi…

Jeszcze tej samej nocy jadę rowerem w kierunku domu Wąsatych Braci, o czym napisać przyjdzie jeszcze czas, może w osobnym miejscu…

Jutro wczesnym ranem (wstajemy o czwartej) okrętujemy się na promie płynącym w stronę przedostatniego przystanku naszych birmańskich wojaży – Bagan. Na piaszczystej równinie jest tam rozsianych ponad 2000 świątyń, pagód, buddyjskich klasztorów, pozostałych po przeszło 4000 budowli, w dużej mierze uszkodzonych w trakcie trzęsienia ziemi w 1975 roku. Wśród nich jest tylko jedna poświęcona Wisznu. Dawniej służyła ona, zgodnie ze swą nazwą, za więzienie dla natów – duchów będących przedmiotem ludowej wiary Birmańczyków, które uwięzić chciał w jej wnętrzu Anawrahta, jeden z największych dawnych władców tej ziemi.

2011-11-19 Mandalay 017 2011-11-19 Mandalay 058 2011-11-19 Mandalay 135 2011-11-19 Mandalay 163 2011-11-18 Mandalay 068

Opublikowano Birma (Myanmar) | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Mandalay: Alicja po drugiej stronie globu, część VIII (tekst Kasi)

Swą turystykę określam mianem nieświadomej. Zaabsorbowana Alicją i jej potrzebami muszę polegać na Jacku, który rewelacyjnie organizuje całość wyprawy. Nieczęsto zdarza mi się zajrzeć do przewodnika. Zdaję się w pełni na męża. To on planuje, wybiera miejsca, które zobaczymy (robi to znakomicie!). Turystyka nieświadoma ma swoje plusy. To bezustanna niespodzianka:) Jedziemy w miejsce dla mnie tajemnicze, a gdy docieramy do niego, moim oczom objawiają się kolejne cudowności. Wczorajszy dzień wypełniony był po brzegi. Rano wynajęliśmy rowery. Tym razem brak było specjalnego siodełka dla dziecka (w Nyaugshwe nad Jeziorem Inle na kierownicę zamontowane było metalowe siodełko, w którym podróżowała nasza Ala). Był to model interesujący, raczej wygodny, choć dostosowany do gabarytów birmańskich (rówieśnicy Alicji wyglądają zdecydowanie młodziej) i nasza Ala była nieco za duża. Po owinięciu rurek wszelkimi chustami i elementami garderoby siodełko stało się bardziej luksusowe. W Mandalay Jacek wozi Alicję na plecach w naszym nosidle. Wzbudzamy sensację. Zewsząd pozdrowienia, machanie. Pierwszy punkt programu to ogród zoologiczny. Miałam sporo wątpliwości – wchodzić czy nie wchodzić. Nie przepadam za ZOO. Myślałam, że zoo w Birmie, gdzie ludzie żyją w nie najlepszych warunkach, będzie raczej nieprzyjemnym miejscem. Na szczęście się pomyliłam. Zwierzaki w naszym chorzowskim zoo chętnie by się zamieniły z birmańskimi braćmi. Ciekawym rozwiązaniem była sprzedaż warzyw i owoców dla zwierząt przy każdej klatce, ogrodzeniu. Dzięki temu zwierzaki nie są karmione ciastkami i chipsami ale dostają to, co jest dla nich dobre i zdrowe. Tekst na ulotce, którą dostaliśmy głosi, iż w tym ZOO rozmnaża się gatunki celem wypuszczania ich na wolność w miejsca ich naturalnego występowania. W ogrodzie znalazł się także (pierwszy napotkany w Birmie) plac zabaw. Radość dla Ali podwójna, gdyż w tym miejscu spotkaliśmy sporą wycieczkę przedszkolną. Dzieciaki na specjalnie przygotowanych matach brały udział w konkursach. Były śpiewy i nagrody (Ala mimo braku występu oczywiście także dostała słodycze). Moje obserwacje są nastawione na życie rodzinne, na tematykę związaną z dzieciakami. Sceny te są doprawdy sielankowe. Birmańczycy mają hopla na punkcie dzieci. W godzinach południowych miasto zamienia się w wielki piknik. W cieniach drzew rodziny rozkładają maty, naczynia, jedzenie – wspólny plenerowy posiłek.

Po południu pojechaliśmy na rowerach na most w Amarapura. Ponad 4-godzinna wycieczka rowerowa w zwariowanych warunkach. W szczególności jazda ulicami Mandalay po zapadnięciu zmroku, w drodze powrotnej. Przemieszczanie się rowerem po ulicach dostarcza niezapomnianych wrażeń. Kto ma pierwszeństwo? Hm…Patrzę na sąsiada jadącego na skuterze i pędzę obok niego by przebić się na drugą stronę lub przejechać przez skrzyżowanie. Krajobrazy z okolic mostu urzekające! Zachodzące słońce upiększało widok. Po powrocie do hotelu jeszcze wieczorna godzina na schodach. Ala bawi się z birmańską rówieśnicą. Właśnie powrócił Jacek z biletami na jutrzejszą przeprawę promem ku kolejnemu miejscu – wczesnym rankiem płyniemy do Bagan.

2011-11-18 Mandalay 185 2011-11-18 Mandalay 016 2011-11-18 Mandalay 123 2011-11-18 Mandalay 165 2011-11-18 Mandalay 175 2011-11-18 Mandalay 177 2011-11-18 Mandalay 179

Opublikowano Birma (Myanmar) | Otagowano , | Dodaj komentarz

Amarapura

18 listopada pożyczamy w Mandalay rowery i po południu wybieramy się do Amarapura, chcemy przejść most U Bein. Jest to najdłuższy na świecie most wykonany w całości (prawie, bo część przęseł zastąpiono obecnie żelbetonem) z drewna (tekowego). Przerzucony nad wodami Irawady prowadzi do kolejnej spośród dawniejszych stolic królewskich, które można zobaczyć w okolicach Mandalay. Jej nazwa to Amarapura – miasto nieśmiertelności (lub nieśmiertelnych). Kolejne miejsce po brzegi pełne buddyjskich pagód i świątyń wraz z licznymi posągami Śakyamuniego.

Ponownie uprawiamy turystykę nieszablonową🙂 Zanim wybraliśmy się tutaj rozpytywałem tu i ówdzie o możliwości dojazdu, choć od początku planowałem, że dotrzemy do Amarapura na rowerach. Kilka razy usłyszałem: „Na rowerach?! Nie, nie, to niemożliwe, to za daleko… lepiej weź taksówkę, albo wskakuj na mój motor, zawiozę Cię raz dwa!”. Cóż, miejscowi biznesmeni od transportu mają zachodnich turystów, zresztą może i słusznie, za pół-zdechlaki i ciamajdy, co to ani drogi nie znają, ani poruszać się po miejskich ulicach nie potrafią, a trochę wysiłku to dla nich rzecz, któej unikają jak diabeł wody święconej. W naszym przypadku jest inaczej. Siadamy na rowery ok. 2 po południu i po ok. półtorej godzinie jesteśmy przy moście prowadzącym do Amarapura. Pokonaliśmy w tym czasie zaledwie ok. 11-12 km, ale po drodze zrobiliśmy przystanek w dzielnicy rzemiślniczej, gdzie wyrabia się wyłącznie posągi buddów, parasolowate, złote hti wieńczące szczyty wielu pagód, kamienne tablice z wyrytymi cyctatami z Tripitaki (buddyjskiego kanonu), płaskorzeźby przedstawiające birmańską wersję kalendarza (zwłaszcza zwierzęta symbolizujące poszczególne dni tygodnia) etc. W gąszczu posągów pracują kamieniarze, kobiety polerują gotowe posągi, drzewa rosnąc przy ulicy pobielone są pyłem szlifowanych rzeźb i tłuczonego kamienia. Droga jest dłuższa niż planowaliśmy także ze względu na to, że musimy co jakiś czas zatrzymywać się lub zwalniać pytając w biegu o drogę. W sumie nie błądzimy ani razu, a na miejscu droga okazuje się dość prosta. Bylibyśmy pewno znacznie szybciej, gdyby nie to, że jedziemy na najsłabszych jak dotąd rowerach (chińszczyzna, o przerzutkach nie ma mowy, jeśli hamować, to od razu oboma hamulcami, najlepiej jakieś 30 metrów wcześniej niż zrobiłoby się to u nas). Nasza Ala siedząca w nosidle jak zwykle zapewnia nam zainteresowanie wszystkich – ktoś wskazuje ją palcem z mijającej nas taksówki, Birmańczyk obsługujący tea shop entuzjastycznie wpada do mieszkania, by wywołać pozostałych domowników (może też zdążą zobaczyć niezwykłe zjawisko! I to na plecach pedałującego Europejczyka!), kobiety pracujące przy budowie drogi porzucają pracę, by wskazywać nas sobie palcami, zewsząd machają do nas uśmiechnięte kobiety, mężczyźni, dzieci: z przyulicznych domów, szałasów, sklepów i herbaciarni, z przejeżdżających motocykli, riksz, samochodów osobowych, ciężarówek, tzw. niebieskich taksówek (połączenie tuk-tuka z mikrociężarówką), rowerów… pełna szajba… Niektórzy zwalniają tylko po to, by zrównać się z nami i rzucić „hello!”, pomachać do Alicji lub spytać „Which country are you from?”.

Po przejściu mostem prowadzącym do Amarapura wracamy w podobnej atmosferze, choć jest już po zmroku. Jedziemy więc praktycznie nocną porą przedzierając się przez szalony, choć na szczęście nie tak szybki jak w Europie, ruch uliczny. Ruch ten rządzi się własnymi zasadami, dla których obecność świateł na skrzyżowaniach (nieczęsta) czy znaków drogowych (nielicznych) ma relatywnie niewielkie znaczenie. Większą rolę odgrywają dźwięki klaksonów – służą do sygnalizacji wielu rzeczy: własnej obecności, entuzjazmu niewiadomego pochodzenia, chęci wyprzedzania, ostrzeżenia współużytkowników jezdni etc. Wielką rolę odgrywa także umiejętność zgadywania intencji kierujących pozostałymi pojazdami. Wypadków brak. Samoregulacja jest doskonała. Na zatłoczonych skrzyżowaniach, zupełnie tak, jakby ruch faktycznie regulowany był światłami, na przemian ruszają do przodu jadący w kierunku wschód-zachód, a potem północ-południe. Tak czy siak, dla nas jazda w nocy przez milionowe Mandalay to intensywne przeżycie. Gdy docieramy z powrotem do naszego hotelu (zatrzymaliśmy się w prowadzonym przez Chińczyków E.T.) Kasia stwierdza: to była najbardziej zwariowana jazda rowerem w moim życiu. Coż… kolejne „naj” Kasi, nie pierwsze już podczas naszej tegorocznej wyprawy…

Dalszy tekst w przygotowaniu

2011-11-12 Inle Lake In Phaw Kone Alodaw Phaung Daw Oo 013 res 2011-11-18 Mandalay Amarapura 017 2011-11-18 Mandalay Amarapura 023 2011-11-18 Mandalay Amarapura 033 2011-11-18 Mandalay Amarapura 057 2011-11-18 Mandalay Amarapura 060 2011-11-18 Mandalay Amarapura 098 2011-11-18 Mandalay Amarapura 188 2011-11-18 Mandalay Amarapura 253

Opublikowano Birma (Myanmar) | Otagowano , | Dodaj komentarz

Wieści z Bagan – łącze znów w zasięgu…

Pozdrowienia dla wszystkich czytelników. Dziś 25 listopada. Po kolejnej kilkudniowej milczącej przerwie znów jesteśmy na ślamazarnym łączu. Tym razem to już ostatni dzień naszego pobytu w Bagan. Za niecałą godzinę odjeżdża nasz bus do Rangunu, skąd pojutrze lecimy do Bangkoku. Potem już z powrotem do Polski…

Korzystając z łącza postaramy się zamieścić tyle zaległych wpisów ile zdążymy🙂

Opublikowano Birma (Myanmar), Uncategorized | Otagowano , | 1 komentarz

Inwa (Awa)

Do dawnej stolicy królewskiej w Inwa (Awa) dostajemy się najpierw przepływając Irawadę łodzią, później zaprzężoną w niewielkiego konika bryczką, co sprawia Ali nie lada frajdę. To jedno z miejsc oznaczonych jako „archeological site”. Obszar dawnej stolicy rozciąga się co najmniej na kilka kilometrów wzdłuż i wszerz. Droga jest ogromnie wyboista, trzęsie więc nami na wszystkie strony. O wiele wygodniej byłoby przebyć te klika kilometrów na piechotę lub np. motocyklem. Jednak wygląda na to, że po przepłynięciu rzeki nie ma w zasadzie innej możliwości jak wynajęcie bryczki. Tylko w ten sposób można dotrzeć do Bagaya Kyaung i pozostałych imponujących obiektów, świadectw wielkości dawnej stolicy w Inwa. Zastanawiam się w związku z tym, czy nie obserwujemy niejako od środka funkcjonowania swego rodzaju projektu zrealizowanego z udziałem zagranicznej inicjatywy. Projektu, którego celem jest zachowanie walorów zabytkowych, archeologicznych całego obszaru dawnej stolicy przy aktywnym udziale miejscowej społeczności. Jak jednak w takim razie rozwiązana jest kwestia równowagi pomiędzy potrzebą zachowania charakterystycznych cech lokalnej społeczności (której częścią byłyby nie do końca wygodne formy transportu) a niebezpieczeństwem całkowitego uzależnienia społeczności od turystyki…

Dalszy tekst w przygotowaniu

2011-11-12 Inle Lake In Phaw Kone Alodaw Phaung Daw Oo 010 res

2011-11-17 Inwa Mandalay 171 2011-11-17 Inwa Mandalay 193 2011-11-17 Inwa Mandalay 202 2011-11-17 Inwa Mandalay 211 2011-11-17 Inwa Mandalay 041 2011-11-17 Inwa Mandalay 051 2011-11-17 Inwa Mandalay 059 2011-11-17 Inwa Mandalay 140

Opublikowano Birma (Myanmar) | Otagowano , | Dodaj komentarz