Radźgir, Nalanda i dalej przez Patnę

Do Radźgiru, dawnej Radźagryhy – stolicy państwa Magadhy, przyjechaliśmy tylko na jeden dzień (a właściwie jedno popołudnie i noc). Zanim rozpoczęliśmy intensywną przeprawę z tego miasta do pobliskiej Nalandy, a potem przez Patnę (dawna Pataliputra, stolica państwa Aśoki), zdążyłem jeszcze wspiąć się na Górę Sępa, kilka kilometrów za miastem. W samym Radźgirze nie ma chyba zbyt wielu pozostałości po dawnej, stołecznej świetności miasta. Na jego obrzeżach jest jedynie coś, co wygląda na pozostałości ciągnących się kilometrami murów miejskich. Góra Sępa to miejsce, w którym Budda spędzać miał kilkakrotnie, zgodnie z mnisim zwyczajem, porę deszczową. Dziś na szczycie stosunkowo niewielkiego wzniesienia (można się nań dostać piechotą w ok. 20 min) znajduje się m.in. jaskinia, w której Śakjamuni miał przebywać – wnętrze jest pracowicie oklejane cienkimi płatkami złota przynoszonymi przez azjatyckich pielgrzymów. W Radźgirze miało też mieć miejsce legendarne, pierwsze po śmierci Nauczyciela zebranie sanghi, nazywane przez historyków pierwszym buddyjskim soborem. Już wtedy w obrębie mnisiej społeczności istniały zalążki niezgodności, napięcia personalne i doktrynalne. Dlatego należało zebrać nauki, które Budda przekazywał przed odejściem, uzgodnić ich wagę oraz reguły, które miały obowiązywać buddyjskich mnichów, a także świeckich wyznawców. Mnich Upali miał wtedy wyrecytować z pamięci zawartość winaja pitaki (kosza dyscypliny), Ananda zaś pouczenia, które złożyły się na sutra pitakę (kosz kazań). W ten sposób miały powstać dwie z trzech części kanonu buddyjskiego. O trzecim koszu – abidharma pitace, nie było jeszcze wtedy mowy. Teksty składające się na trzeci kosz, o których zwykłem myśleć jako o buddyjskim odpowiedniku rozważań metafizycznych, powstały znacznie później, w setki lat po śmierci Gautamy Buddy.

Współczesny Radźgir jest także ważnym miejscem dla dżinistów, z racji tego, iż podobnie jak Budda Śakjamuni, miasto wielokrotnie odwiedzał Wardhamana Mahawira, żyjący w tym samym czasie co Gautama Budda założyciel mało znanej u nas religii dżinijskiej.

Po nocy spędzonej w Radźgirze, gdzie przed tysiącami insektów chroniła nas będąca na wyposażeniu pokoju moskitiera, udaliśmy się do pobliskiej Nalandy. Leżące na sporym obszarze ruiny największego uniwersytetu buddyjskiego Indii w czasach poprzedzających najazdy muzułmańskie robią wrażenie do dziś. Z zapisków Xuan Zanga, chińskiego pielgrzyma, który podróżował po Indiach przełomu VII i VIII wieku n.e. dowiadujemy się o 10 000 mnichów, którzy mieli tutaj studiować. Co prawda historycy, zważywszy na rozległość terenu, na którym położone są ruiny, są znacznie bardziej powściągliwi w ocenie liczebności dawnych studentów – mówi się o ok. tysiącu. Tak czy siak Nalanda jest miejscem legendarnym. Tutaj działać mieli Dharmakirti i Dignaga – najwięksi z logików buddyjskich. Stąd miał do Tybetu wyruszać legendarny Padmasambhawa, by przekazać naukę Buddy do Kraju Śniegów. Wykładowcą w Nalandzie miał być buddyjski jogin Naropa.

Nasza przeprawa do Nalandy stanowiła początek drogi, w czasie której podróżowaliśmy kilkoma autobusami, na niektórych odcinkach korzystaliśmy z możliwości przejazdu tongą – charakterystycznym płaskim wozem ciągniętym przez miniaturowe konie, do tego tuk-tuki i, wreszcie, pociąg, którym dotarliśmy z Patny do Mughal Sarai, by stamtąd dojechać punktualnie o północy, po raz kolejny, do Waranasi. W Patnie odpuściliśmy sobie ruiny dawnej Pataliputry, gdyż ponoć znajdują się w całości pod wodą. Zdaje się, że stolicy najbiedniejszego z indyjskich stanów, Biharu, brak funduszy na właściwe wyeksponowanie tego zabytku. Dlatego jedyne, co w tym mieście poznaliśmy to dworzec kolejowy – absolutnie najbrudniejsze, najmniej przyjazne, najbardziej chaotyczne miejsce spośród wszystkich, które widzieliśmy do tej pory – a trzeba powiedzieć, że kolej indyjska, jak i w ogóle transport publiczny, nie należą pod wieloma względami do najlepiej zorganizowanych na świecie. Dużo można by opowiadać o zalegających podłogi ciemnych wnętrz dworca w Patnie, zawiniętych w strzępy odzieży bezdomnych, zaplutych betelem ścianach, obskurności dworcowych budynków, dziwnej procedurze zasięgania informacji w zabrudzonym okienku, gdzie mówić należy stając przed telewizorem, patrząc w jego martwy kineskop, licząc na to, że po drugiej stronie mikrofonu jest ktoś, kto słyszy, a być może i odpowie na nasze pytanie. No i wreszcie sama podróż pociągiem – spędziliśmy ładnych parę godzin jadąc w korytarzu obok toalet, na tzw. general ticket, tzn. bez miejscówek – jedna z fotografii daje niejakie pojęcie o panującym w wagonie tłoku. Miejsce na swobodne przykucnięcie to już komfort, bardziej zaradni Hindusi śpią na podłodze, pod siedzeniami, na półkach na bagaże.

Jadąc już w nocy pustymi ulicami Waranasi minęliśmy (co za niespodzianka!) kroczącego drogą słonia…

This slideshow requires JavaScript.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Indie, Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s