Jezioro Inle i Nyaungshwe

Nad Inle dotarliśmy 11 listopada, po stosunkowo krótkiej przeprawie z Kalaw (ok. 3 godziny). Na skrzyżowaniu w Shwenyaung przesiedliśmy się do pick-upa, który zawiózł nas do Nyaungshwe, wioski nad brzegiem jeziora. Mimo problemów ze znalezieniem miejsca na nocleg (Nyaungshwe ciągle jest pełne ludzi po niedawnym festiwalu świateł) udało nam się zatrzymać w Small Inn. Za murem ogrodu w naszym GH (a także za ścianą naszego pokoju) cicha buddyjska pagoda. Odwiedzamy ją w trzy dni później, oprowadzani przez sympatycznego staruszka. Otwiera przed nami żelazne okratowania zamykające dostęp do kolejnych zakamarków świątyni. Ala prowadzi mnie za rękę niskimi, sklepionymi na kształt tuneli przejściami. Przy okazji wizyty w tym naszym sąsiedztwie pijemy herbatę w centralnej świątyni, u stóp znajdującego się wewnątrz, uformowanego w kształt czterokątnej pagody ołtarza, z postaciami buddów patrzących w cztery strony świata. Nasze towarzystwo to trzej miejscowi, w tym i nasz starszy przewodnik. Przyszli tu w porannych godzinach, przed rozpoczęciem dnia pracy. Ostatniego dnia naszego pobytu nad Inle (14 listopada) odwiedzamy też Yadana Man Aung Paya – pagodę o schodkowej, wielopoziomowej konstrukcji zielonego dachu wspartego na licznych, koncentrycznie rozmieszczonych na planie ośmiokąta kolumnach. To dość nietypowa struktura jak na pagody birmańskie. Przed wejściem do środka rozgrywa się dramatyczna scena: wąż usiłuje pożreć ropuchę rozmiaru dwóch pięści, nabrzmiałą, rozdętą. Poraniony płaz nie rusza się. Wydaje się, że w następnej chwili gad rozpocznie proces połykania sporej zdobyczy (sam w najgrubszej części ma grubość +/- ping ponga). Jednak nagle zwierzę zaczyna wykonywać energiczne ruchy, jakby odpuścił je jakiś rodzaj paraliżu. Wąż jakby przestraszony rozwiera szczęki wypuszczając zdobycz i błyskawicznie umyka do pobliskiego rowu przydrożnego. Zaskakujący wynik śmiertelnych zmagań dwóch jadowitych stworzeń. Nad drugim, niespławnym chyba kanałem przecinającym Nyaungshwe równolegle do kanału głównego, znajdują się jeszcze trzy klasztory, w tym i żeński. Ostrzyżone na zero dziewczęta łatwo odróżnić od chłopaków i mężczyzn-mnichów po różowo-pomarańczowym kolorze szat. Drugi kanał to miejsce, gdzie w cieniu drzew odbywa się pranie, gdzie kąpią się mieszkańcy pobliskich chat. Po drodze odwiedzamy też cały szereg warsztatów. Poszukujemy mechanika zdolnego naprawić nasz statyw – zepsuła się jedna z dźwigni pozwalających operować głowicą. Dopóki nie naprawimy usterki statyw jest tylko balastem. Niestety, póki co nie udaje się znaleźć odpowiedniego człowieka. Raczej za pomocą gestykulacji niż angielszczyzny udaje się dogadywać w kolejnych zagraconych warsztatach – a to, że tylko rowery, a to, że raczej motocykle, gdzie indziej, że nie mają odpowiednich części etc. Pełne fiasko jak dotąd. C.D.N.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Birma (Myanmar) i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s